persona persona
persona

Poznań Triathlon 2014 – Mistrzostwa Polski na dystansie długim

Dodano Lipiec 30th, 2014 w Bez kategorii

pt5

Zacznę tym razem od końca. Przekraczając linię mety chwyciłem taśmę, którą przecinał każdy finisher tych zawodów. Odruchowo w takim momencie chce się podnosić ręce w górę. Ja jednak ścisnąłem taśmę jakbym chciał ją przydusić do ziemi. Droga, którą przebyłem miała mieć inne zakończenie. Otrzymałem worek lodu, którym miałem ochotę cisnąć z całej siły o ziemię. Na szczęście zdążyłem dotrzeć do basenu z zimną wodą, która ostudziła moje emocje. Myślałem, że ukończyłem zawody około 20 miejsca. Po chwili dowiedziałem się, że byłem 12 w open i 3 w kategorii M25-29 za Australijczykiem oraz Ukraińcem. Pomyślałem – nie tak źle, ale mogło być lepiej. Basen z zimną wodą dawał niesamowitą ulgę. Powoli zapełniał się kolejnymi zawodnikami. Zaczęły się wymiany zdań i doświadczeń z wyścigu. Okazało się, że nie tylko ja myślałem o zejściu z trasy, a wielu się na to nawet zdecydowało. Dla mnie osobiście, był to jeden z najcięższych wyścigów. W skrócie opowiem Wam dlaczego.

DSC_0205

Pływanie – ustawiłem się razem z Szymonem, tym razem nie gadaliśmy 🙂 zajęliśmy miejsca w pierwszym rzędzie po prawej stronie stawki. Mocno wysunięci, dostaliśmy ostrzeżenie od sędziego. Ciężko było trzymać linię gdy ma się na plecach tysiąc osób, gotowych nas pożreć na sygnał startera. W końcu usłyszeliśmy wystrzał i zaczął się szaleńczy pęd. Do pierwszej bojki nie patrzyłem do przodu, tylko napierałem, uderzając od czasu do czasu w małe bojki od torów wioślarskich. Przy nawrocie ktoś próbował się na mnie przesunąć ale z miernym skutkiem, kilka mocniejszych pociągnięć załatwiło sprawę. Praca zimą na siłowni nie poszła na marne 🙂 W drodze powrotnej zauważyłem znajomy styl pływania i sylwetkę. Zgadnijcie kogo spotkałem – oczywiście Szymona 🙂 Wskoczyłem sprawnie w nogi, ale popsuła mu się nawigacja przez co płynął tak zwanym „węgorzem”. Skończyliśmy wspólnym wyjściem z wody, które chyba zostanie już tradycją. Nasi kibice krzyknęli czas: 27 minut. Na tą informację spuściłem powietrze z płuc i mówię do Szymona „jest dobrze”. A w głębi duszy „ale butla”. Popłynęliśmy minutę szybciej niż zwykle.

pt2

Rower – zmiana była dosyć sprawna. Założyłem, że początek roweru zacznę spokojnie. Jednak świadomość, że to są Mistrzostwa Polski nie dawała spokoju. Zacząłem jechać bardzo mocno, momentami czując, że forsuje tempo. Gdy zbliżałem się do nawrotu, czołówka już wracała. Naliczyłem 20 osób, co zwiększyło moją motywację i prędkość. Pod koniec pierwszej pętli dogonił mnie Bartłomiej Pawełczak. Z uśmiechem na ustach powiedział: „Krzysiek tym razem szybciej Cię złapałem”. Ja niestety nie byłem tak błyskotliwy, odwzajemniłem radosne powitanie uśmiechem i dałem się pojechać 🙂 Uświadomiłem sobie, że nie jest dobrze. Zacząłem płacić za mocne pływanie i pierwszą pętle na rowerze. Mijali mnie kolejni kolarze między innymi Michał Podsiadłowski – brzmi znajomo, tak to ten sam zawodnik co w Gdańsku. Wiedziałem, że czeka mnie najgorsze. W końcu dojeżdża mnie Paweł Czajkowski w towarzystwie Michała Majki. „Niedźwiedź” rzucił pokrzepujące zdanie w moim kierunku, coś o nie „spuszczaniu głowy i odrabianiu na biegu” 🙂 Skinąłem na niego głową, po czym zobaczyłem jego plecy. Zagryzłem się jak tylko mogłem, ale dojazd do strefy zmian był „łabędzim śpiewem” w moim wykonaniu.

pt3

Bieg – pierwsza pętla była koszmarem, który dobrze znałem ze startów na Florydzie czy z Nevady. Przegrzany organizm nie chciał się słuchać. Pojawiały sie złe myśli, zwątpienie…Przecież już ich nie dogonię…nogi nie chcą ruszyć…jak mam tak pełzać to lepiej zejść. Powoli przemierzałem pierwsze kilometry posilając się w punktach odżywczych oraz chłodząc pod kurtynami. W jednym z punktów spotkałem „Niedźwiedzia”, który już nie był jak Grizzly ale jak Kubuś Puchatek, wyjadający miód ze słoika. Pomimo zmęczenia, ponownie do mnie krzyknął dodając mi motywacji (Paweł wybacz, że nie odpowiedziałem). W pewnym momencie nastąpiło przełamanie. Nowe myśli…nie poddawaj się…cały rok pracy za tobą…to jest tylko ból który minie. Na kolejnych pętlach było lepiej ale brak kontaktu wzrokowego z rywalami nie dodawał sił. Po drugiej pętli nie wiedziałem już kogo wyprzedzałem a kogo dublowałem. W końcu zbliżając się do mety zobaczyłem , że grozi mi czas powyżej 4:30. Spiąłem poślady i wycisnąłem z mięśni ostatnie siły. Wpadłem na metę z czasem 4:29:56. Uff!

Podsumowując do planu minimum zabrakło dwóch oczek przez co był lekki niedosyt jeśli chodzi o klasyfikację open. Pocieszeniem było trzecie miejsce w kategorii M25-29. Poznań triathlon, pokazał zarówno mi jak i innym zawodnikom, że nie liczy się czas, a miejsce. Trasa, na której się ścigaliśmy, była bardzo szybka i dawała szanse na złamanie czerech godzin. Niestety pogoda była bezlitosna. Po wynikach widać, że większość zawodników pokonała temperatura. Magiczne granica nadal nie złamana.

Copyright 2013 © Krzysztof Staniszewski